Pracownia Otwierania Kultury Menu

Raj utracony – internetowa utopia a nasze wirtualne relacje z kulturą i dziedzictwem

20 lutego 2020
Pracownię Otwierania Kultury
prowadzi Centrum Cyfrowe

Przyjęło się, że tzw. gatekeeperem, czyli selekcjonerką stojącą pomiędzy społeczeństwem, a kulturą jest „elita” reprezentowana przez instytucje kultury. Ta grupa trzymająca władzę (symboliczną) – przekonana, że dobra których strzeże zabezpieczają jej status – miała stać na drodze demokratyzacji kultury. Potencjalne rozwiązanie tego problemu podsunęła społecznościowa rewolucja w internecie. Digitalizacja i upowszechnienie zasobów w ogólnodostępnej przestrzeni sieci miały umożliwić tym, którzy z różnych powodów wcześniej nie korzystali z zasobów instytucji, nawiązanie osobistej relacji z dziedzictwem.

Jak każda rewolucja i ta kwestionowała podstawy naszych założeń: program towarzyszący wystawie przygotowany przez wyspecjalizowanych kuratorów instytucji wydawał się niczym w porównaniu ze spontanicznie postawionym fanpejdżem, na którym użytkownicy mogliby twórczo remiksować dziedzictwo, najlepiej przerabiając je na memy 👾 Oczekiwania zakładały, że sami użytkownicy i użytkowniczki, a także uczące się od nich algorytmy sprawniej i lepiej (oraz w sposób nieoczywisty) dobiorą potencjalnie interesujące ich zasoby, kwestionując tym samym systemową edukację kulturalną. Internet oferował nieograniczone możliwości, pełną personalizację, prędkość i otwarcie dostępu, łączył ludzi. Wszystko wydawało się możliwe.

Pierwszą barierą w realizacji opisanej przeze mnie liberalnej fantazji okazały się koszty (pieniężne, systemowe i ludzkie) związane z digitalizacją i udostępnianiem zasobów. Niedofinansowane instytucje musiały zmierzyć się z procesem żmudnego skanowania z dbałością o jakość, budową nowej infrastruktury, a także odpowiedzialnych za to zespołów oraz definiowaniem nowych kompetencji potrzebnych do wykonywania nowego typu pracy. Wiele z tych zmian nie mogło się zadziać bez przekonania grantodawców (publicznych i prywatnych) oraz polityków, że są one konieczne.

Dla porównania – międzynarodowe, oddolnie zainicjowane repozytorium projektów i działań rzeczniczych z zakresu otwartych zasobów kultury (GLAM).

Żeby ideę popularyzacji przez digitalizację wytłumaczyć, wypromować, skodyfikować i dofinansować potrzebne były czas i zasoby. Są rezultaty – Europeana, czyli europejskie repozytorium ze zdigitalizowanymi kolekcjami muzealnymi, liczy już prawie 59 milionów tekstów kultury, które pochodzą z prawie 4 tysięcy bibliotek i muzeów z unijnych krajów członkowskich.

Te statystyki pochodzą z raportu z 2019 roku (dotyczą lat 2015-2017), niedługo (2020) dostępny będzie nowy raport i nowe dane.

Najnowsze działania digitalizacyjne skupiają się na digitalizacji dziedzictwa także poza muzeami, czego świadectwem mogą być portale takie jak polski zabytek.pl. Coraz popularniejsza jest też digitalizacja 3D. Pożar katedry Notre Dame w Paryżu był impulsem do publicznego zainicjowania narzędzia Artifaq, wykorzystującego technologie użyte do rekonstrukcji syryjskiej Palmyry, w celu zbadania, odtworzenia i upamiętnienia katedry. Specjaliści pracujący nad modelami zabytków w 3D w procesie posiłkują się crowdsourcingiem, prosząc użytkowników o nadsyłanie materiałów – zdjęć i nagrań. Im więcej materiału źródłowego, tym szybciej sieci neuronowe, z którymi pracują naukowcy, nauczą się tego, co mają za zadanie odtworzyć.

W miarę definiowania i kodyfikowania struktur potrzebnych do systemowej pracy nad digitalizacją i upowszechnianiem dziedzictwa online, sam internet podlegał narastającej komercjalizacji, którą możemy roboczo podzielić na okres spekulacyjnej bańki dot.com, boom social mediaWeb 3.0 – rozwój „internetu semantycznego” a więc czytelnego i czytanego przez maszyny i algorytmy.

Problemem okazały się też nasze behawioralne reakcje na przytłoczenie szumem informacyjnym i powszechnym dostępem do informacji, których nadawcami staliśmy się wszyscy. Jednym z ludzkich filtrów, którego nauczyły się od nas algorytmy, jest natychmiastowe reagowanie na informacje niosące w sobie emocje takie jak gniew, strach czy nadzieja. Te pierwotne reakcje, których w ciągu ewolucji nie zdążyliśmy się jeszcze oduczyć, zdeterminowały czemuw jaki sposób poświęcamy w sieci uwagę, i przyniosły konsekwencje w postaci polaryzacji społecznej i politycznej. Zamiast korzystać z całej złożonej i skomplikowanej wiedzy dostępnej online, zamknęliśmy się w bańkach informacyjnych (cyberplemionach), które wzmacniają w nas uprzedzenia, i wyznawane wartości, w zamian dając iluzję bezpieczeństwa.  W pewnym sensie zatoczyliśmy więc koło – osoby nie śledzące wydarzeń związanych z kulturą w sieci raczej się o nich przypadkowo nie dowiedzą…

Umysł jest dla siebie
Siedzibą, może sam w sobie przemienić
Piekło w niebiosa, a niebiosa w piekło.
Mniejsza, gdzie będę, skoro będę sobą (…)

John Milton, Raj Utracony 1667

W gospodarce opartej na uwadze informacja stała się obiektem spekulacji. Problem ten widać nawet na przykładzie Wikipedii zamykającej w 2019 dziesiątkę najczęściej na świecie odwiedzanych  stron www (jedynej niekomercyjnej w pierwszej dwudziestce). Ta imponująca inicjatywa umożliwiająca nam codzienny dostęp do wiedzy, musi mierzyć się również z próbami manipulacji informacją. W ostatnich latach dokłada także starań do zwiększenia różnorodności reprezentowanych przez encyklopedię perspektyw.

Więcej w MIT Technology Review (22/10/2013), “The Decline of Wikipedia”.

Odbity w krzywym zwierciadle interesów i wpływów świat przedstawiony w internecie ulega dalszym zniekształceniom pod wpływem kryzysu dezinformacji w mediach. Wielu blogerów i dziennikarzy właśnie w Wikipedii (i tylko tam, jeśli w ogóle) weryfikuje to, o czym pisze. Wszystko to napędza rosnący kryzys zaufania wobec nowych technologii i tego, co cyfrowe generując rosnący popyt na spotkania i wydarzenia w prawdziwym życiu (IRL – z ang. In Real Life) oraz cyfrowe odtrutki – detoksy. Wieść niesie, że szychy doliny krzemowej trzymają siebie i dzieci z dala od podłączonych do internetu gadżetów, w wolnych chwilach medytując pod okiem mindful coachów. Specjaliści badający wpływ czasu spędzonego przed ekranem telefonu bądź komputera na kondycję psychiczną i samopoczucie przestrzegają jednak przed popadaniem w panikę – wyniki badań nad naszą skomplikowaną relacją z nowymi technologiami wciąż nie są w pełni miarodajne. 

Zob. New York Times (29/10/2018), “A Dark Consensus About Screens and Kids Begin to Emerge in Silicon Valley”.
Wywiad z Amy Orben z The Guardian (1/02/2020), “To Talk About Smartphones Affecting the Brain is a Slippery Slope”.

Co dalej?

Jak w takich warunkach pozyskać nowych użytkowników i użytkowniczki kultury? Jak sprawić, żeby kultura miała swoje miejsce w publicznej przestrzeni internetu? Jak zachęcić internautki i internautów do korzystania z milionów zdigitalizowanych materiałów?

Rzeczowe dyskusje i badania

Moim zdaniem najważniejsze to porzucić fantazje, projekcje i spekulacje na temat internetu, technologii i magicznych zaklęć. Skomplikowanych społeczno-ekonomiczno-politycznych problemów dotyczących tego, jak nierówności społeczne przekładają się na zainteresowanie dziedzictwem i dostęp do kultury nie rozwiąże żadna internetowa rewolucja. A kto mówi co innego, ten #fakenews 😉 W Stanach Zjednoczonych Generacja Z stanowi ostatnie pokolenie, które jest w większości białe – to kto i w jaki sposób korzysta z internetowej infrastruktury z pewnością będzie przekładało się na jej dalszy, miejmy nadzieję bardziej inkluzywny, rozwój.

Zobacz interaktywny artykuł z The New York Times’a, “900 Voices from Gen Z, America’s Most Diverse Generation”.

Wielki powrót kuratorki/a, czyli użytkownik wcale nie chce wiedzieć lepiej sam(a)

Oczywiście nowe technologie pomagają nam redefiniować to, jak pracujemy z pamięcią i kulturą. Dobrym przykładem może tu być wspomniany powyżej projekt #NYPALMYRA czy też digitalizacja archiwów i badań, której często towarzyszy wypełnianie luk w danych dotyczących kobiet czy mniejszości. Instytucje kultury coraz sprawniej radzą sobie w sieci; dzięki tempu i regulacji przemian ich społeczności nie straciły wobec nich zaufania, a znienawidzona elitystyczna ekspertyza kuratorów i kuratorek okazała się wiele warta. Bycie progresywnym nie oznacza ślepego podążania za trendami, a „branie swojego czasu” jest w dobie gospodarki opartej na uwadze działaniem odpowiedzialnym, antysystemowym, a także wyrazem troski o nasze wspólne, demokratyczne wartości. 

Polecam uwadze projekt Moravian Lives.
oraz książkę Jenny Odell “How to do nothing: Resisting the Attention Economy”, Melville House 2019.

Siły na zamiary

Nie oznacza to oczywiście, że innowacja w działaniach kulturalnych nie jest potrzebna! Jednym z zadań każdej instytucji kultury jest nawiązywać dialog z kulturą w sieci, przechwytywać zmieniający się pod wpływem kanałów komunikacji język i twórczo namyślać się nad przemianami, które jako społeczeństwo przechodzimy. Memy, GIFy, obecność na TikToku czy tworzone przez instytucje dedykowane emoji to coś, z czym warto eksperymentować, ale – po prostu – w ramach naszych indywidualnych bądź instytucjonalnych możliwości.

Inspirujący jest w tym kontekście artykuł Olgi Drendy z Dwutygodnika (271/ 02/2020) “2020: Pjesek”.

Mniej, a lepiej

Skuteczniejsze od stosowania skomplikowanych i wciąż zmieniających się marketingowych strategii (co zależy też od instytucjonalnych i ludzkich zasobów, które mamy do dyspozycji) ma zrównoważone budowanie lojalnych (nie bez powodu słownik podpowiada „lokalnych”) społeczności, zainteresowanych misją i zasobami instytucji, a także uparte lobbowanie na rzecz zmian w edukacji, zwłaszcza edukacji medialnej. Takiego zwrotu dokonują właśnie media (i część instytucji kultury), przechodząc na społecznościowe modele finansowania. 

Podobnie, zamiast zawsze inwestować we własną infrastrukturę, instytucje mogą korzystać z już istniejącej (na przykład Wiki Commons), by skuteczniej docierać do odbiorców bez konieczności uruchamiania tak dużych nakładów finansowych. 

Więcej na ten temat można przeczytać w publikacji Lenfest Institute for Journalism (styczeń 2019).

Przyszłość 

Na wagę złota jest też ćwiczenia nad wyobrażaniem sobie przyszłości, która ma sens – działania na rzecz zdefiniowania priorytetów związanych z edukacją medialną z uwzględnieniem zasobów kultury dostępnych w sieci & nacisk na kształtowanie polityk regulujących strefy publiczne (zobacz wywiad z Jurgenem Habermassem w czasopiśmie Reset Dialogues), na które podzielony jest internet.

Nie jest moim celem romantyzacja czasów przed-internetem. Zasoby kultury dzięki sieci z pewnością stały się bardziej dostępne. W całym tym tekście chodzi mi jednak o to, żeby symbolicznie zakończyć pionierski czas internetowej partyzantki – epokę dekonstrukcji i rekonstrukcji.

Myślę, że przyszedł najwyższy czas na to, żeby wspólnie budować i wyobrażać sobie lepszą przyszłość kultury w sieci. Namysł nad tym wymaga czasu i uwagi, a przestawienie internetu na bardziej demokratyczne tory i wprowadzenie regulacji dotyczących nowych produktów zajmie nam jako społeczeństwu co najmniej dekadę (przy sprzyjających politycznie wiatrach). W międzyczasie starajmy się znaleźć przestrzeń na zrozumienie ciągłych zmian i naszą indywidualną edukację medialną (oraz dyskusję na ten temat).

Warto przyjrzeć się rozwijanej przez Centrum Cyfrowe inicjatywie pod hasłem #SpołTech


Alicja Peszkowska @alicjapeas

Pracownię Otwierania Kultury
prowadzi Centrum Cyfrowe